Jak przeniosłam swój biznes do chmury… dymu.

Jest kwiecień 2015 roku. 

Noszę w brzuchu Wiki. Pierwsza ciąża, wszystko takie nowe, wszystko takie nieznane. Szukam więc informacji o tym, jak to będzie w czasie porodu, co powinnam kupić i jak to jest być mamą.  Wchodzę na forum, potem na kolejne i jeszcze kolejne. Szukam blogów, czytam. Oczy mam coraz większe! Dochodzi do mnie, że nie mam jeszcze siedemnastu muślinowych otulaczy, pieluch tetrowych mam tylko 20, a po ciąży to moje życie się skończy, bo dziecko nie pozwoli mi na nic. Będę tylko karmić, chodzić w dresie brudnym od jarzynowych papek i będę już zawsze pić zimną kawę. Drugiego dziecka pewnie nie będę już mieć, bo jak tu myśleć o seksie, zresztą kto by myślał – one tam wszystkie piszą, że przy dzieciach to się nie śpi i mam dziękować Bogu jak zdążę włosy umyć. 

No dobra – teraz jestem przerażona. Myślę sobie – czy te wszystkie kobiety mówią prawdę? Czy u każdej tak jest? Czy ja naprawdę potrzebuję tych muślinowych otulaczy? Co to jest muślin?? 

I znowu zaczynam szukać. Czytam o porodzie, o kolkach, o karmieniu piersią. I z każdym dniem czuję, że wiem mniej. 

„A gdyby tak zbudować własną historię?” pomyślałam… i założyłam stronę na Facebook’u – wtedy jeszcze jako „Mama w Poznaniu” 🙂 Kto pamięta?

Zaczynam publikować posty, potem mąż pomaga mi założyć bloga. Publikuję pierwsze teksty nie mając pojęcia jak to robić i nie mając świadomości, że ktoś to przeczyta. Po jakimś czasie chwalę się znajomym, wrzucam na prywatnego Facebook’a informację o tym, że jestem blogerką – jak to dumnie brzmi! Piszę coraz więcej – wtedy jeszcze bardzo emocjonalnie i mało obiektywnie. Ale ludzie czytają i nawet coś tam komentują. Po pewnym czasie zgłasza się do mnie jakaś firma, czy nie chciałabym napisać na blogu o ich produkcie. Wtedy jeszcze w barterze za kocyk, potem za paczkę kosmetyków – cieszę się jak dziecko 🙂 

W mojej głowie rodzi się taki pomysł, by pisać o życiu mamy z dzieckiem w mieście – o tym co można robić, gdzie można pojechać, gdzie się da wjechać wózkiem, a gdzie nie, gdzie się da przewinąć dziecko, a gdzie nie. I tak piszę. Ale Wiki rośnie i te początkowe problemy przestają już mnie totalnie dotyczyć. 

Pojawiają się nowe – jej rozwój, jej chodzenie, jej pierwsze buty. I znowu szukam w Internecie. 

I wtedy pojawia się pomysł spotkań dla rodziców. 

Wiki ma pół roku. Z nią pod pachą organizuję warsztaty, szukam sponsorów. Drugą nogą ogarniam podyplomówkę. „Nie jest źle” myślę sobie, ale gdy wybija 17.30 i mój mąż wchodzi do domu to czekam na niego już w drzwiach, żeby trochę odpocząć i opowiedzieć mu o nowych pomysłach. 

Wspiera mnie bardzo, motywuje, kontaktuje z ciekawymi ludźmi i fajnie zaczyna się to kręcić. 

Wiki kończy rok, ja wracam do pracy…. Na 3 mieisące i w brzuchu mam już Neli 🙂 Szybko poszło, a atmosfera w moim dziale tylko ułatwia tę decyzję. 

Teraz już nie szukam informacji w Internecie – rozmawiam z ekspertami: tu położna, tu fizjoterapeuta i sama te informacje publikuję. 

Blog się rozwija, ale czegoś mi brakuje. 

Ciągle mam w głowie te zmęczone matki, te historie o zimnej kawie. 

„Ja nie chcę tak żyć!” – myślę sobie. 

I zaczynam pisać inaczej – bardziej o kobietach niż o dzieciach. 

Stwierdzam, że z nazwą „Mama w Poznaniu” tak nie do końca mi po drodze. Powstaje „Mum’s Life”! a potem #mamczasdlasiebie. 

Piszę o kobietach, dla kobiet. Piszę o czasie dla siebie, o ładowaniu wewnętrznej baterii, o dbaniu o siebie, o podziale obowiązków, o rodzicielstwie a nie macierzyństwie. 

Czuję wewnętrzną misję – chcę nauczyć kobiety, by zaczęły myśleć o sobie. 

Bywa różnie – czasem ojcowie chcą mnie zakrzyczeć, czasem ktoś napisze że po co mi dzieci, skoro myślę o sobie. Coraz bardziej wchodzę w temat a w moim życiu zaczyna się dziać magia. Jeżdżę na konferencje blogerskie, zaczynam na blogu dobrze zarabiać, pojawia się pomysł zestawów prezentowych dla kobiet więc otwieram sklep. Coraz więcej mówię o czasie dla siebie. Coraz więcej i coraz szerzej – w gazecie, w książce, w telewizji. Czuję się taka spełniona i taka szczęśliwa! 

Moje życie prywatne się zmienia. Neli już od dawna jest na świecie i umacnia mnie w tym, że miałam rację – że mając małe dziecko można mieć czas dla siebie. Ja sama jestem inna. Więcej wiem, nie panikuję tak jak przy Wiki, nie denerwuję się jej każdym płaczem. Jest dobrze. 

Nasze życie prywatne się zmienia – startujemy z budową domu, ja dostaję fajną ofertę pracy więc wskakuję na chwilę na etat. Dzieci zaczynają chorować, bo mam już w domu nie jednego przedszkolaka a dwójkę. Na świat wychodzi ranking blogerów Jasona Hunta – firmy zaczynają się mną mocniej interesować. Tego wszystkiego jest za dużo. Siadamy z moim mężem i podejmujemy decyzję, że odchodzę z etatu. Próbujemy przetrwać sezon chorobowy, a potem w 100% skupiam się na blogu i sklepie #mamczasdlasiebie. 

Widzę jak z miesiąca na miesiąc pozycja bloga rośnie. Jak rozpoznawalna się staję, jakie mam cudowne czytelniczki. Spotykam się z nimi – raz, potem drugi.  Mum’s Life rośnie w siłę – tyle się dzieje! Rozwijam się, piszę coraz więcej, coraz więcej marek chce ze mną pracować. 

Spełniam swoje ogromne marzenie i wydaję planner dla kobiet – Wy go kupujecie jak szalone. #mamczasdlasiebie i Mum’s Life stają się coraz bardziej rozpoznawalne. Robi się z tego niezła akcja w mediach społecznościowych. Dochodzę do wniosku, że obie rzeczy trzeba opatentować, żeby mieć do tego pełne prawa… bo były już blogerki, które moje pomysły nadal uważają za swoje. 

Jest naprawdę dobrze i wiem, że ta firma idzie w dobrym kierunku – mówię „firma” bo blog nie jest już własnością firmy mojego męża. Zakładamy spółkę, wiemy ile całość jest warta.

Jest dobrze – wreszcie jestem w tym miejscu, w którym chcę być. 

10 marca 2021 (środa), godzina 7 rano. 

Obudziłam się, spojrzałam na telefon i widzę, że jedna z Was napisała do mnie: „Hej, Twoja strona nie działa”.

„Pewnie serwer ma jakąś awarię” pomyślałam. 

Rzuciłam do męża: „sprawdzisz serwer?” i poszłam szykować dzieci do przedszkola. 

Potem gdzieś w Internecie przewinęła się informacja, że w nocy spłonęła serwerownia OVH. Blog nadal nie działał, ale inne podobne do mojej działały.

Zaczęłam się martwić. Mąż jeszcze zgrywał twardziela.

Dzień wcześniej. 

„Jaki jest dzisiaj dzień?” Pomyślałam, próbując sobie przypomnieć za ile dni blog Mum’s Life skończy 6 lat. 

„Muszę kupić balony z helem do zdjęć. Może jakiś tort. Ale co ja potem zrobię z balonem w kształcie 6?” … włączyła mi się nagła oszczędność wręcz do mnie niepodobna, która pewnie wprawiłaby w osłupienie mojego męża i moje przyjaciółki – takie same zakupoholiczki 😉 

„Kawał historii” pomyślałam.

11 marca 2021. 

Zaczyna do mnie docierać, że chyba straciłam bloga. Coś dociera, a coś nie pozwala o tym myśleć. Trochę płaczę, trochę krzyczę. Trochę nadal nie wierzę. 

Prowadzę zajęcia z moimi studentami – w totalnej rozsypce. Śmieszny jesteś losie: jako przykład z życia miałam im pokazać bloga. No to nie pokażę. 

Mój mąż sprawdza każdą możliwość. Nadal nie wiemy, czy blog był na tym serwerze, który spłonął czy na tych działających, które wyłączyli awaryjnie na kilka dni. Czekamy. 

Zaczynam sobie uświadamiać jakie mogą być konsekwencje – firmy z którymi miałam podpisane umowy, pozycjonowanie budowane od lat. Tego  może już nie być?

12 marca 2021.

Czekamy dalej. W zawieszeniu, złości i smutku. Wszyscy pytają: „Ale jak to? Nie mieliście kopii zapasowej?” Każdy chce być ekspertem, każdy się zna. 

No mieliśmy – w miejscu potencjalnie bezpiecznym, ale jak się okazuje jednak nie.  Przestaję już tłumaczyć, bo to powoduje tylko moją wewnętrzną złość na ten stan bezradności. 

I wtedy poznaję czym jest społeczność. Co jest wartością tej społeczności. Piszą do mnie ludzie, setki ludzi – jak nigdy wcześniej. Część ze zwyczajnym „hej, jestem i wspieram” a część z konkretnymi pomysłami na pomoc. Tu jakiś prawnik, tu ktoś od SEO, tu ktoś jeszcze inny z podobną historią. Wierzę w ludzi i czuję wdzięczność. 

13-14 marca 2021.

Weekend – spędzamy go rodzinnie i bardzo aktywnie. Nie myślimy, nie przekładamy nastroju na innych. 

Wieczorem podejmujemy decyzję, że nie możemy tak czekać z zawieszeniu.  Że odbudujemy kilka tekstów, żeby blog znów zaczął istnieć i poczekamy na rozwój sytuacji. 

15 marca 2021. 

Rano siadam do pracy – w czwartek mam studentów, więc muszę się przygotować. Za 2 tygodnie finał mojego wiosennego projektu z innymi cudownymi kobietami. Pracy mam mnóstwo, więc nie myślę.  W głowie mam wczorajszy pomysł na reaktywację. Ale wciąż mam też nadzieję, że to nie będzie potrzebne. 

Kładziemy dzieci i siadamy z mężem do pracy – często pracujemy wieczorami. Nagle dostajemy wiadomość, że już nie mamy się łudzić. Naszego serwera nie da się reaktywować – czytaj: bloga nie da się odzyskać. 

Nie wiem co czuję. Trochę ulgę, że już nie muszę czekać na nic. Trochę ścisk w gardle i pieczenie w oczach. Trochę bezsilność. Trochę rezygnację. 

„Mam gdzieś tego bloga! Mam gdzieś te 6 lat! Tego nie da się odbudować, nie da się przywrócić tych emocji” – myślę sobie. 

Ale mąż mi nie pozwala – gdzieś dzwoni, coś czyta, coś mówi, nie słucham. On ma już cały plan, ma harmonogram, ma też plany B, C i D. Jak zwykle ciągnie mnie ku górze. Nie takie rzeczy próbowały nas zmieść. 

Siadamy i układamy to w logiczną całość. Ustalamy plan działania. Krok po kroku. On będzie kopiował teksty z archiwum, ja będę je edytować i wstawiać na bloga. To jakieś kilkaset godzin, a potem jeszcze nie wiem jak, ale musimy odbudować pozycję w Google. Moje przyjaciółki piszą, że one też mogą – że będą klikać, wklejać. Wy znowu zalewacie mnie lawiną ciepła. Chce mi się płakać. 

Siadam, piszę ten tekst, zamawiam rzeczy do sklepu, kończę prezentację dla studentów, wyciągam pranie z suszarki i myślę sobie: „wiem, że przez najbliższe 2 tygodnie nie będziemy spać, ale 26 marca odpalimy bloga na nowo”. 

Obiecuję Wam…. I sobie.